Jak każdego poranka obudziły mnie rytmy mojej ulubionej piosenki.
Wokalista Maroon 5 śpiewał właśnie refren, gdy założyłam okulary i wyłączyłam
budzik. Usiadłam na łóżku i prawie zrzuciłam z niego mojego kota Willy’ego.
Złapawszy go, przytuliłam do siebie, zaczęłam całować po mordce i przepraszać.
Willy polizał mnie po twarzy, wyrwał z mojego uścisku i położył się obok moich
nóg. Przeciągnęłam się, wzięłam mój telefon i poszłam do łazienki. Tam
wymieniłam okulary na soczewki i spojrzałam w lustro. Lepiej mi było bez ‘denek
od butelek’, jak je nazywał tata. Obmyłam twarz, zrobiłam delikatny makijaż i
umyłam włosy. Zrobiłam na głowie turban z ręcznika i wróciłam do mojego pokoju.
Przeszłam do garderoby i ubrałam się kolorowe rajstopy, dżinsową spódniczkę i
czarną bluzkę. Wróciłam do łazienki, zdjęłam ręcznik z głowy i wysuszyłam
włosy. Spięłam grzywkę na lewo i wyszłam z pomieszczenia. Podeszłam do biurka i
chwyciłam plan. Dzisiaj jest fizyka.. Brrrr… Facet od fizyki jest w sumie
niczego sobie, ale przedmiot jest straszny. Te wszystkie prądy, nie prądy i
inne. Okropne. No ale cóż. Spakowałam torbę i zbiegłam na dół po schodach.
Weszłam do kuchni i rzuciłam ją na krzesło.
-Tato! – krzyknęłam, gdyż spodziewałam się, że jeszcze Go zastanę, jednak nie
usłyszałam odpowiedzi.
Przy lodówce zobaczyłam pieniądze zawinięte w karteczkę. Wzięłam ją do ręki.
Oczywiście nie mogłam się doczytać co było na niej napisane. Mój tata mógłby
być lekarzem z takim pismem. Chyba było tam napisane: ‘kup coś’. Pomyślałam, że
tata kazał mi zrobić zakupy. Sięgnęłam po torbę i włożyłam kartkę z pieniędzmi
do portfela. Po chwili zajrzałam do naszej lodówki. Zobaczyłam tam tylko dwa
jajka, trochę sera oraz szynki, która powoli zaczynała już pełzać, mleko i sok
pomarańczowy. Wyjęłam mleko i postawiłam za blat. Karton nie był zbyt ciężki,
więc spodziewałam się, że starczy mi go tylko do kawy.
- Oj muszę pojechać po zakupy – powiedziałam sama do siebie i otwarłam szafkę.
Wyjęłam z niej mój ulubiony kubek z wierzą Eiffla i wstawiłam wodę na kawę.
Usłyszałam za plecami miałczenie kota.
- Chodź do mnie Willy – zawołałam i wzięłam go na ręce. Na moje szczęście jest
on bardzo cierpliwy i uwielbia być w centrum uwagi, więc moje tarmoszenie
sprawia mu przyjemność. Po chwili wygłupów odstawiłam go na podłogę, bo woda
zaczęła się gotować. Nasypałam do kubka dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej i
zalałam odrobiną wrzątku. Rozmieszałam, a później dodałam cukru i mleka.
Czekając aż kawa trochę ostygnie, podeszłam do wielkiej misy z owocami stojącej
na środku blatu, wzięłam czerwoniutkie jabłko i schowałam do torby.
Nakarmiłam Willy’ego i spojrzałam na zegarek. Było wpół do dziewiątej. Dzisiaj
miałam luźny dzień i miałam iść do szkoły dopiero na dziesiątą trzydzieści.
Objęłam kubek rękoma i poszłam do salonu przed telewizor. Usiadłam na sofie i
chwyciłam za pilota. Na jednym z kanałów leciała komedia romantyczna. Po pół
godzinie oglądania, siedziałam zaryczana i ocierałam oczy chusteczką.
Usłyszałam dzwonek do drzwi. Podniosłam się i powłócząc nogami po ziemi
otworzyłam je. Po drugiej stronie stał uśmiechnięty od ucha do ucha Louis.
Zobaczywszy moje łzy, wygiął usta w podkówkę i przytulił mnie mocno, odrywając
od ziemi.
- Co się stało? – spytał z przejęciem w głosie. – Ktoś Cię skrzywdził? Powiedz
tylko kto, a chirurg mu będzie potrzebny!!
- Nie, nie Lou, spokojnie. Oglądałam romans i płakałam. – spojrzałam mu w oczy
i zachichotałam.
- Aha, no to dobrze, ale wiesz, jak coś, to zawsze Ci pomogę Emily. A teraz
chodź, popłaczemy sobie razem. – otarł mi łzy i pocałował w czoło.
- Masz mleko? – spytał.
- Tak, mam chyba jeszcze jakieś w spiżarni. – odparłam.
- No to chodź, zrobimy sobie kakałko! – zamknął drzwi wejściowe i powędrował do
mojej kuchni.
- Ale Lou, nie mam kakaa.. – zrobiłam smutną minkę.
- Ale ja mam! – okrzyknął, odpiął kurtkę i spod spodu wyciągnął paczkę
rozpuszczalnego kakaa.
- Ojej! – klasnęłam w dłonie i podbiegłam do niego.
Stanęłam przed nim, spojrzałam w jego piękne oczy i złożyłam na jego wargach
soczystego całusa. Louis odsunął się ode mnie i spytał:
- Wiesz, który dzisiaj jest?
- Eee.. W sumie nie wiem. Chyba pierwszy czerwca. – wzruszyłam ramionami.
- Nie prawda, bo czwarty! Masz dzisiaj urodziny! – podskoczył i uśmiechnął się
szeroko.
Spojrzałam na niego z dziwną miną. I nagle zorientowałam się, że te pieniądze
od taty były dla mnie na prezent. Ale czy na pewno?
- Jak to? Ja mam dzisiaj urodziny? To niemożliwe, nie zapomniałabym o swoim
święcie. Prawda…? – zapytałam niepewnie.
- No to widzisz kochanie, wychodzi na moje, że masz krótką pamięć. – powiedział
i wyszczerzył zęby.
Zamachnęłam się na niego, ale zrobił unik. Chwycił mnie w pasie i złożył na
moich ustach namiętny pocałunek. Po chwili oderwaliśmy się od siebie, z trudem
łapiąc oddech. Spojrzałam w jego piękne oczy i ujrzałam w nich uczucie,
uczucie, od którego nie jednej dziewczynie mięknął nogi. Mi właśnie zmiękły.
- Porywam Cię dzisiaj na cały dzień! – zakrzyknął i ukazał rząd swoich białych
prostych zębów.
- Jak to? – zdziwiłam się. – A co ze szkołą?
- Gadałem wieczorem z Robertem, który zadzwonił dzisiaj rano do szkoły i
powiedział, że Cię nie będzie, bo źle się czujesz. Twój tata mnie lubi i wie,
że mi na Tobie zależy więc zgodził się bez wahania. – dokończył Lou i
uśmiechnął się z wyższością. – Powiedział, że ma dużo pracy i kazał mi Cię
przeprosić, wycałować i obiecać, że do Ciebie zadzwoni.
Spojrzałam na niego z ukosa. To dobrze, że Lou ma swobodne relacje z moim tatą,
ale to było ździebko dziwne. Ja czułam się dziwnie. Chociaż lepsze to, od
kłótni o jedyną córkę i miłość swojego życia. Zaśmiałam się szczerze i dałam mu
całusa w usta.
- Tak więc gdzie mnie porywasz mój książę?
- A nie powiem Ci, skarbie! – zrobił tajemniczą minę. – Wyglądasz ślicznie w
tej spódniczce, ale ubierz się wygodniej kochanie.
- Okej – pocałowałam go, zabrałam swoją torebkę z krzesła i pobiegłam na górę.
Weszłam do garderoby. Podeszłam do komody i wygrzebałam z niej moja ulubione
grafitowe dresy ze ściągaczami przy kostkach. Potem podeszłam do mojego łóżka i
wyjęłam spod poduszki dużą bluzę Louis’a. chowałam ją tam na chłodniejsze lub
samotne wieczory z kakałkiem i płaczliwym romansem. Wzięłam ciuchy i weszłam do
łazienki. Przebrałam się i związałam włosy w koński ogon. Poprzednie ubranie
włożyłam z powrotem do garderoby. Wzięłam jeszcze plecak, przełożyłam z torebki
portfel, dokumenty, słuchawki i chusteczki. Włożyłam telefon do kieszeni i
zbiegłam do Lou. Zastałam go śmiejącego się podczas zabawy z Willy’m. Podeszłam
do nich i podrapałam kota po łebku. Gdy Louis zobaczył mnie w swoim ubraniu,
uśmiechnął się.
- Widzę, że moja śliczna księżniczka moją bluzę. – uśmiechnął się, pocałował
mnie w usta i postawił mojego kota na ziemię. – Po drodze wjedziemy jeszcze do
sklepu.
- Okej. – powiedziałam i pogłaskałam Willy’ego.
Gdy podeszliśmy do drzwi, schyliłam się żeby założyć buty. Wzięłam klucze z
wieszczka, chwyciłam Lou za rękę i wyszliśmy z mojego domu, zamykając za sobą
drzwi.
________________________________
tak więc drugi rozdział za mną. :D następny postaram się dodać jak najszybciej. :33 zapraszam Was serdecznie do czytania i komentowania. <33
megaa :D
OdpowiedzUsuńMasz może twittera? :)
ooo, dziękuję. :D nie, nie mam.. /: ale mam fejsa i gadu. :33
Usuńteraz już mam.. :33
Usuń